sobota, 19 lipca 2014

18.07 przez granicę do Francji

Dzisiaj niczego nie zwiedzamy, niczego nie fotografujemy, taki dzień "techniczny", ale bynajmniej nie nudny, czy gorszy od innych.
Przeciwnie. Motocyklowo to najlepszy dzień z całej podróży, ba, to chyba najlepsza trasa motocyklowa jaką w życiu jechałem.
Informacja dla wszystkich podróżujących motocyklistów. Trasa z Llançà w Hiszpanii do Castel Béar we Francji to cudo! Milion zakrętów na górskiej drodze na zboczu góry. W dole prześliczny kolor morza i zatoki z białymi jachtami. Asfalt owszem nierówny, ale to nie psuje zabawy. Jest genialnie. Gdyby jeszcze zamiast bawarki była włoszka sportowa, byłoby idealnie. Marco z tyłu mówił, że obserwował, jak parę razy zamknąłem koło, a kufry prawie rysowały asfalt. Genialne doznanie. Na zmianę gaz, bieg drugi i trzeci, hamulec, redukcja, wejście w zakręt, lekki zwis przez kierownicę i znów gaz. I tak przez dobre pół godziny. W tym momencie żal mi było , że nie miałem kamerki, bo taki film chętnie bym raz na jakiś czas przywoływał. Technicznie znakomity trening dla każdego motocyklisty. Pod koniec trasy zatrzymujemy się w małej miejscowości na lody i rozmasowanie części ciała, w której plecy tracą swą szlachetną nazwę.

Grzegorz prosił, żeby skrobnąć parę słów, jak się sprawują motocykle.

Po kolei.
Na początku chciałem jechać na Ducati. Dzięki Bogu, że nie udało mi się znaleźć wyposażenia turystycznego do Monstera, bo plecy razem z kręgosłupem zjadłyby chyba już niemieckie psy.
Komfort bawarek to minimum na taką podróż.
Po drugie - całe szczęście, że nie kupiłem nic większego niż F700GS, bo ilość sytuacji, w których przy manewrowaniu na jakichś placach, czy campingach o mały włos się nie położyliśmy, była spora. Tu muszę się przyznać, że raz na manewrówce pod recepcją campingu we Francji nie dałem rady utrzymać moto i razem z Bartim i Helgą zaliczyliśmy glebę.
Po drugie - całe szczęście, że założyliśmy po dwa podwójne gniazda USB do każdego moto. Okazało się, że nie są najwyższej jakości i szybko się pospalały. Na szczęście jedno okazało się odporne i służy do tej pory. Bez prądu masakra - nie ma nawigacji, droga idzie znacznie wolniej, gdy trzeba szukać kierunku. Poza tym omijanie autostrad płatnych to nasza podstawowa funkcja. Bez nawigacji zostawilibyśmy żabo- i paello- jadom z kilkaset Euro oraz nie zobaczylibyśmy mnóstwa fantastycznych miejsc.
Będąc przy nawigacji. iPhone jako nawigacja to dziadostwo. W czasie deszczu, trzeba to odłączyć od prądu i schować z pokrowca, bo ten szczelny nie jest i nawigacja staje się w zasadzie niemożliwa. Poza tym, ktoś zadzwoni i leżysz. Do następnej trasy muszę zainwestować w navi motocyklową. Trudno.
Kolejna sprawa - kupiliśmy wraz z motocyklami turystyczne kanapy i to cudoooowna decyzja była. Gdyby nie to, moje plecy byłyby zmieszane razem z moimi czterema literami w jedną wspólną masę podobną do szlachetnych czteroliterówek hiszpańskich - wielkie i płaskie.
Acha - żałuję, że nie wyciułaliśmu jednak paru zeta na ochraniacze na dłonie. Gdy jedzie się bez rękawic, uderzenie jakiegoś robala, albo kamyczka spod auta z przodu, do przyjemności nie należy.
Wracając jeszcze do tematu pleców. Pas nerkowy sprawdził się o dziwo nie na brzuchu (czy jak kto woli na nerkach) tylko na plecach właśnie. Jazda w tym pasie, dobrze zaciśniętym, pozwala robić znacznie dłuższe odcinki w miarę dobrej kondycji.
Do listy rzeczy do zabrania KONIECZNIE należy dopisać "kropelkę". Sprawdziła się parę razy.
Interkomy - zarąbista sprawa, muzyka podczas jazdy zwiększa relaks i przyjemność z podróżowania. Możliwość pogadania też fantastyczna. Jedna tylko uwaga. Gdy wieje mocniej, włączona funkcja automatycznego połączenia po rozpoznaniu głosu się nie sprawdza. Wiatr zawiewający zwłaszcza z boku włącza co rusz interkom i szlag trafia wszystkich. Lepiej nacisnąć sobie ten guzik i po robocie.
I to chyba tyle uwag. Nie-motocykliści niech wybaczą ten techniczny wpis, ale mnie samemu się przydadzą te uwagi, przy planowaniu kolejnego wyjazdu.
;)