piątek, 4 lipca 2014

Moje ulubione Ile-de-Re

Mieliśmy dziś tylko 230km do zrobienia i tylko jeden cel - jak najszybciej dotrzeć do Saint-Martin-de-Re. To miejsce odkryliśmy z Monisią parę lat temu, gdy podróżowaliśmy po Francji i Hiszpanii i wiedziałem, że chcę tu wrócić.

Sam wjazd na wyspę Ile-de-Re już zaskoczył nas bardzo mile, bo zaraz za mostem łączącym wyspę z kontynentem zobaczyliśmy szkółkę kitesurfingową, a akurat dziś gwizdało niesamowicie (idzie front, będzie zapewne zmiana pogody :( ), więc kitesurferzy mieli jechane.

Z przyjemnością popodziwialiśmy ich walkę, chłopaki szczególnie (w sierpniu obóz kiteowy) i ruszyliśmy do św. Marcina.

Jest to jeden z bardziej klimatycznych portów jakie w życiu widziałem. Sercem miasta jest port jachtowy, więc przypływający cumują w mieście a nie na obrzeżach, jak to zwykle bywa na świecie. Jednocześnie od strony morza miasto jest chronione wysokim murem, który pomaga oczywiście żeglującym łatwo wejść do portu. I w ten sposób morze jest w centrum miasta pozostając jednocześnie w bezpiecznej dla niego odległości ...

Łatwo znaleźliśmy knajpę z transmisją meczu Francja - Niemcy ;).

Już wcześniej przewidywaliśmy, że Niemcy wygrają ten mecz, więc nie spodziewaliśmy się fety na ulicach. Zamówiliśmy steki i spokojnie patrzyliśmy na dramat odbywający się przy sąsiednich stolikach.
W międzyczasie zapoznaliśmy się z paniami kelnerkami, które jak się okazało mieszkają na Ile-de-Re od urodzenia i nigdy nie pomyślały nawet o migracji. Nie dziwię się...

Po meczyku spacerek po mieście i zasłużony odpoczynek ...