piątek, 11 lipca 2014

Surfing w Cascais

Dziś zobiliśmy sobie przerwę w podróży. Wyspaliśmy się wzorowo i pojechaliśmy na plażę do szkoły surfingu.
Plaża najpiękniejsza w tej części Portugalii, oblężona przez ludzi.

Kilka szkół surfingowych. Znajdujemy w końcu taką z wolnym nauczycielem. Dogadujemy się co do ceny, wychodzi 60€ za godzinę dla naszej czwórki. Pasuje.
Wbijamy się w pianki i na wodę. Fal nie ma zbyt wiele, ale udaje nam się kilka ślizgów.
Najlepiej radzi sobie Luka. My co drugą falę kończymy w wodzie zaraz po nieudolnej próbie wstania na desce. Luka najczęściej z nas dociera do brzegu.
Ponieważ nie ma nam kto zrobiś zdjęcia, kończę lekcje chwilę wcześniej i strzelam chłopakom kilka fotek z brzegu.
Fajne doznanie. Moment złapania fali, kiedy czujesz ślizg - bezcenny ;).
Potem rozbieramy się z pianek i idziemy się wykąpać. Chwila moment i wracamy do motocykli. Niestety zdarza mi się wypadek. Spada mi kask z motocykla i pęka plastikowe mocowanie szyby. Wracam bez szyby, w samych okularach. Na szczęście jeszcze w Gozdnicy tata Zbyszek dał nam kropelkę. Przydaje się już po raz trzeci i tym razem ratuje mi życie ;). Udaje mi się naprawić kask, więc jestem o paręset euro bogatszy. ;))))
Wieczorem idziemy "w miasto" i znajdujemy restaurację z typowo Portugalskim jedzeniem. Pyyyyycha. Mięsa, ryby, kiełbaski i miłe zaskoczenie. Ponieważ kelnerka nie potrafiła powiedzieć ani słowa po angielsku, przyszedł do nas kucharz - młody chłopak. Gdy zaczęliśmy wypytywać o wszystkie dania zaczął sympatycznie opowiadać i nawiązała się fajna rozmowa. Złożyliśmy zamówienia, ale zanim podano nam dania kucharz przyniósł w podarunku parę krabów. Potrzebowaliśmy młoteczek i deseczkę do rozłupania ich skorupek oraz oczywiście instrukcję jak się do nich dobrać. Warto było ;).


Wszystko było pyszne, więc z pełnymi brzuchami i podłechtanym podniebieniem wróciliśmy do namiotów. Szybkie mycie i śpimy, bo jutro powrót na motocyklowy szlak ;).