środa, 2 lipca 2014

Lądowanie w Normandii

Hmmm, po pierwsze obudziłam się niemiłosiernie wcześnie. Na tyle wcześnie przed wszystkimi, że zdążyłem wykąpać się, zrobić pranie, zjeść śniadanie, spakować swoje rzeczy na motocykl i wyskoczyć do miasta na cafe o'lait (tak to się chyba pisze). Jeszcze wziąłem drugą w termos dla Marca.
Jak wróciłem towarzystwo wciąż spało i nie reagowało na najmniejsze zaczepki. W końcu jednak zaczęli dawać oznaki życia i wystawiać głowy z namiotów.
Efekt był taki, że gdy oni nadrabiała to co ja zrobiłem wcześniej, mogłem spokojnie rozciągnąć kości na podgrzanym przez słońce asfalcie. Uwielbiam słońce.

Potem ruszyliśmy w dalszą tułaczkę i wreszcie nastąpiła cudną chwila - dojechaliśmy do Dieppe i zobaczyliśmy morze, jakim je chcieliśmy oglądać przez całą wyprawę. Seledynek, cudowny szum i ten zapach. Rewelacja.


Oczywiście nie zabrakło humorystycznego akcentu. Jakaś parka "zacumowała" w aucie, odwinęła kanapki i zaczęła spokojną konsumpcję (czemu nie na plaży?). 
Na efekt nie trzeba było długo czekać ;))).


Zrelaksowani pognaliśmy dalej mijając po drodze kolejne francuskie perełki, jak na przykład Cany Barville na zdjęciu poniżej. 
Doszedłem do wniosku, że północna Francja warta jest poświęcenia całego urlopu, przy czym wcześniej reszta świata musi znaleźć sposób na zmuszenie Żabojedzących do nauki jakiegokolwiek obcego języka. Wszyscy razem jesteśmy w stanie porozumiewać się po polsku (ok, to się nie liczy), angielsku (wszyscy), hiszpańsku (Barti i Luca), włosku (Marco i Luca), niemiecku (trochę ja), rosyjsku (mniej niż trochę ja). To jednak nie ma żadnego znaczenia w tym pięknym kraju. Albo mówisz po Francusku, albo próbuj na migi. Wyjścia nie było.
W międzyczasie wciągnęliśmy nasz ulubiony zestaw obiadowy pt. "Co się znajdzie w hipermarkecie" i było git. Francuzi robiący tu zakupy byli zapewne przerażeni tym widokiem wskazującym na ruchy nomadów, czy innych ludzi pierwotnych ale to ich problem. 

Pojechaliśmy dalej. Byliśmy już mocno zmęczeni tą trasą i już w Normandii musieliśmy stanąć na kolejny odpoczynek. Trafiło się zupełnie ładne miejsce w samym środku zupełnie niczego. Była zatem okazja strzelić parę fotek, co też uczyniłem:


I wreszcie porą mocno popołudniową dojechaliśmy do naszego celu - plaży Omaha, gdzie 70 lat temu Alianci rozpoczęli odbijanie zachodniej Europy z rąk Allemandii ;).
Chłopakom się tu bardzo spodobało, zwłaszcza gdy weszliśmy do poniemieckich bunkrów na stanowiska strzeleckie. Wiele z nich już nie zostało, ale na wyobraźnię podziałało. 
Stanowisko baterii dalekiego zasięgu:

Wszystko to fajnie wyglądało z góry, ale gdy zeszliśmy do morza i spojrzeliśmy z perspektywy Aliantów, nie wyglądało już tak fajnie. Zdjęcia niestety nie oddają należytej perspektywy, ale będąc na miejscu można łatwo się domyślić, że w dniu D (D-day, 6.06.1944), morze nie miało tu tak pięknej barwy.

Po tej naprawdę fajnej lekcji historii zaczęliśmy szukać miejsca na nocleg i znaleźliśmy camping w Bayeux. W recepcji kolejne miłe spotkanie. Gdy próbowaliśmy po angielsku wytłumaczyć recepcjonistce (!) że 4 osoby, 2 namioty, 2 motocykle usłyszeliśmy z tyłu "jak dobrze jest usłyszeć kogoś mówiącego po angielsku". Starsza przemiła pani z Johanesburga w Południowej Afryce podobnie jak my, ale kamperem objeżdża Europę. Ucięliśmy sobie miłą pogawędkę i "w długą".
Szybkie rozstawienie namiotów i na pizzę! 
Przy okazji zwiedziliśmy centrum z piękną katedrą i częściowo zachowanymi starymi zabudowaniami

Podjedliśmy pizzę, próbowałem pani kelnerce dać napiwek (ale żeby doliczyła do płatności kartą). Oczywiście ni cholery nie mogłem jej wytłumaczyć o co mi chodzi z tą kartą, więc machnąłem ręką na swoją chęć wręczenia napiwku.
Trudno. Za niewiedzę się płaci ...
;)