wtorek, 22 lipca 2014

22.07 Moja ukochana Garda

Dzień zaczął się deszczowo. Jeszcze zanim zadzwonił budzik, przebudziło mnie bębnienie kropel po namiocie. O nie, gość na campingu wczoraj obiecywał ładną pogodę, a tu takie rozczarowanie. I jeszcze pogryzione przez komary nogi. Odechciało mi się wstawać. Perspektuwa zwijania namiotu w deszczu była mało zachęcająca. Zadzwonił w końcu. Funkcję "drzemka przetestowałem parę razy, aż przestało bębnić. "Barti, pobudka, mamy niepowtarzalną okazję zebrać się zanim znów zacznie padać". Szybka toaleta, szybkie pakowanie, szybkie wszystko. Spakowaliśmy się extra sprawnie i zajechaliśmy do baru nieopodal campingu. Croissant, kawunia i możemy jechać. 
W drodze chłodno, prawie deszczowo. Ale i tak niosło mnie jak na skrzydłach, już wcześniej widziałem, ze nawigacja prowadzi przez Gardę i nie mogłem się doczekać.
I wreszcie...

Jedno z najpiękniejszych miejsc na ziemi.
Oczywiście zajechaliśmy do Rivy del Garda na pizzę w mojej ulubionej restauracji.


Do pełni szczęścia zabrakło jedynie Spritza i dwóch godzin na windsurfing, no ale przed nami jeszcze 200km.