wtorek, 1 lipca 2014

Pędzikiem przez Belgię, witaj Francjo!

Po pierwsze dzień zaczął się miłym akcentem.
Po tym jak skonsumowaliśmy śniadanie dosłownie na trawie, zaczęliśmy się pakować podszedł do nas wielki jak drzewo Holender i zapytał, czy nie mamy ochoty na kawę. ;))))))))))
Też pytanie, na śniadanie chleb i to co udało się kupić w Lidlu popijany napojem sokopodobnym i wodą mineralną, a tu zjawia się anioł w postaci nadającej się tylko do filmów o piratach i proponuje kawę.
Smakowała wybornie. Przy okazji poruszyliśmy wiele tematów politycznego rodzaju począwszy od polityki Putina a skończywszy na przejmowaniu majątków tego świata przez ród Rotszyldów. Na koniec wysłuchaliśmy smutnej w sumie historii życia Paula (bo tak się okazało miał na imię). Niegdyś dobrze mu się wiodło, nieźle zarabiał i sporo podróżował ("like You Guys on the motorbikes"), aż trafił na Ukrainę i poznał swoją przyszłą żonę. Nie poznaliśmy całej historii tego burzliwego związku, ale na koniec żona go zostawiła z takimi długami, że bank zlicytował jego dom, a on wylądował na campingu, by zaproponować nam kawę.
No dobrze, może nie taki był sens jego dotychczasowego życia, ale dla nas taki był jeden z efektów.
I na koniec nasz nowy znajomy wyciągnął wniosek - im bogatsi ludzie, tym bardziej zamknięci na innych, "kiedyś bym Wam pewnie tej kawy nie zaproponował...".
Luzak - gdy wstawił wodę na kawę, zaczął karmić kaczki komentując - teraz ja Wam daję jeść, ale jak przyjdą święta wy nakarmicie mnie ;))))).
Po przyjęciu dawki kofeiny, ruszyliśmy w dalszą drogę. Holandia okazała się jeszcze piękniejsza na wsi niż w mieście, więc wybraliśmy trasę "omijaj autostrady, drogi płatne, trasa o profilu motocykl, ani szybka, ani krótka, ani optymalna, tylko ciekawa". I taka była aż do Belgii, która nagle zmieniła nasz krajobraz w zwykły. Nie było już pięknie ułożonych klombów, wszędobylskich rowerów, ani kanałów, tylko ... "Niewiadomoco".

Dlatego bez większych przestojów, robiąc przystanki na odpoczynek, uderzyliśmy do Francji.
Znowu zrobiło się pięknie. Jechaliśmy dalej trasą o profilu ciekawy, więc mijając po drodze małe miejscowości nie wydaliśmy ani Eurasa na autostrady, za to jechaliśmy dużo wolniej.

I wreszcie uznaliśmy że dość już bolą nas plecy i ich dolne zwieńczenie, więc znaleźliśmy w nawigacji najbliższy kamping i trasa poprowadziła nas do miejscowości Nord-Pas-de-Calais. Tu rozbiliśmy namioty i poszliśmy na zwiedzanie.

Krzychu, jakby co - okno do Twojej kolekcji ;).
Połaziliśmy po mieścince, kupiliśmy bagietki na rano (otwierają dopiero o 10 - niesamowite), zapytaliśmy o wyniki mundialu i ...
lulu ...