poniedziałek, 21 lipca 2014

21.07 Pavia pod Milano

Włoska Riviera ma jednak swoją wadę. Nazywa się imprezowanie. Być może jest to dowód na moje wapniactwo, ale jak:
1.
o 3 w nocy budzi Cię dudnienie z nieodległej dyskoteki, 
2. 
godzinę później bohaterska młodzież zalana w trupa degraduje Ci linki od namiotu (scuza, scuza), 
3.
jeszcze chwilę potem Marco musi prowadzić dialog z bliską samobójstwa nastolatką płaczącą pod naszymi namiotami:
(- ej, czego ryczysz, masz świadomość która jest godzina?
- jestem taka nieszczęśliwa, tak mi jest przykro,
- ok., ale czy mogłoby ci być przykro gdzieś indziej?),
a na koniec 
4.
nad ranem chłopaki znajdują w łazience rzęsistego pawia,
to jest to co najmniej o cztery przeszkody za dużo, by być w pełni oczarowanym tym miejscem.

Na szczęście noc w miarę szybko się skończyła, a my sprawnie zebraliśmy majdan, zjedliśmy po croissancie, kawusi i w drogę.

Na początku trasa biegła jeszcze wzdłuż morza i było pięęęknie. Dojechaliśmy do Genovy i dopadliśmy plaży. To pożegnanie z morzem było superprzyjemne. Były fajne fale i pławiliśmy się jak małe dzieci.




Może nie widać, ale na tym zdjęciu też są chłopaki:


Po kąpieli uroniliśmy pożegnalną łzę (to w końcu dowód, że motowyprawa zbliża się do końca) i wskoczyliśmy na moto. Jeszcze chwila przez miasto i odbiliśmy na północ. Krótko po minięciu Genuy ruch znacząco się zmniejszył a ilość serpentyn znacząco wzrosła ;)))))))))).
Kierowaliśmy się na Piacenza, odbijając jakieś 50 km przed miastem w kierunku Milano. Ostatecznie nocleg znaleźliśmy w miejscowości Pavia. Po raz pierwszy camping z basenem do 21.00, więc chłopaki z radością to wykorzystali. Myśmy rozbili namioty tuż przed tym, jak zaczęło padać.
Za chwilę idziemy na pizzę i lulu. Jutro droga w kierunku Bolzano ;).