środa, 9 lipca 2014

Porto

Zawsze chciałem zobaczyć Portugalię.
Primo - bo to koniec Europy a dalej już tylko ocean, sekundo - bo lubię Fado, tercjo - bo Portugalię zareklamował mi kiedyś Marcin, jako miejsce, gdzie jest ciepło, ale nie gorąco dzięki stałemu wiatrowi od oceanu.
I to generalnie się zgadza z obrazem, który zobaczyłem.

Dzień zaczął się od samego rana słonecznie i tak zostało, a że jeszcze droga prowadziła nas pionowo na południe, robiło się coraz cieplej. Początkowo droga prowadziła wzdłuż wybrzeża, więc co chwila mijaliśmy zatoki i kurorty. Piękne.
Jest jedna generalna różnica między północną a południową Hiszpanią. Północna jest cudownie zielona i obok palm są tu drzewa liściaste i kwiaty, więc jest piękniej. Zapewne za cenę większej ilości dni deszczowych, co poczuliśmy na własnej skórze w ostatnich dniach.

Znów trzymając się z dala od autostrad jechaliśmy parę godzin, aż zobaczyliśmy to:
Tam po drugiej stronie mostu była już Portugalia ...


Co ciekawe, wraz z granicą dość mocno zmieni się charakter mijanych miejscowości. Te portugalskie były bardziej uporządkowane od hiszpańskich, miały więcej wdzięku, choć nie były dużo bogatsze. Od razu też na pierwszym postoju w Portugalii dało się odczuć barierę językową. Hiszpańskiego co nieco kumałem, np. Jak prosiliśmy o otwarcie bramy, hiszpanie mówili "porta", na bułkę z salami w środku "tortilla", "buenos dias" też człowiekowi coś mówi. No można złapać jakiś kontekst. W portugalskim ni cholery.

Ale za to zaraz przy pierwszym postoju od razu polski akcent. Zatrzymaliśmy się na lody i wodę i co ujrzeliśmy w barze?
Wyborową :).
Pozostaliśmy jednak przy lodach i kawie i ruszyliśmy dalej.

Wreszcie o dość późnej porze dotarliśmy do Porto. Aby dojechać do campingu, trzba bylo przejechać przez miasto, więc zdążyliśmy zobaczyć co nieco a przede wszystkim poczuć różnicę między centrum a częścią przy oceanie. Niewiarygodne, że na przestrzeni ok. 1,5 km temperatura różni się ponad 5 stopni. W mieście się na światłach smażyliśmy, nad oceanem w podkoszulkach było nam chłodno. Efekt wiatru o którym wspominał Marcin.
Rozbijamy namioty, szybka kąpiel połączona z praniem "na leniucha", zabezpieczamy motocykle i autobusem jedziemy do miasta. Dziś drugi półfinał a tutaj mecz o 21 czasu lokalnego (niech żyje iphone, który po przekroczeniu granicy sam zmienił strefę czasową).
Porto jest przecudne i bardzo popularne turystycznie. Dla nas Polaków Portugalia jest tak odległym kierunkiem, że niewielu tu przyjeżdża, ale było sporo Francuzów, Belgów i Holendrów. Zwłaszcza tych ostatnich było widać po pomarańczowych atrybutach kibicowskich.
(Muzeum na wodzie - takimi łupinkami Portugalczycy szmuglowali Porto do Anglii podczas wojen angielsko-francuskich. Francuzi zablokowali transport lądowy przez swoje terytorium, wię pozostała żegluga. A ponieważ wino psuło się w transporcie, spryciarze zaczęli dodawać do wina spirytusu wydłużając jego przydatność do spożycia. Tak powstało jedyne w swoim rodzaju Porto).
(Chwila przed meczem - mamy nadzieję na zwycięstwo Holandii)
Tuż przed zachodem słońca
I po zachodzie.

Ostatecznie Holandia przegrała to spotkanie a ja czuję się nienasycony tym miastem. To kolejne z odwiedzanych miejsc, do którego mam nadzieję kiedyś wrócić ...